Kultura

Pan Władysław Justyn Łabuńko, nasz Ostromicki poeta.

GDZIE TEN DZIECINNY ŚWIAT

To wieś mnie wychowała, jak Matka – wykarmiła,
Do serca miodu wlała, od nieszczęść mnie chroniła.
Pamiętam wsi zapachy, z moich – dziecięcych lat,
Pokryte strzechą dachy i maki wokół chat.
Pamiętam swoją Matkę, przysmaków pełen stół,
Przy grobli – kozę „Łatkę” i roje miodnych pszczół.
Pamiętam zapach chleba, gliniane wiejskie piece,
Kwitnące w sadzie drzewa i Ojca przy pasiece.
Drewniane, wiejskie płoty, w zimowej śnieżnej bieli,
Drzemiące w izbie koty i Matkę przy kądzieli.
I siwka przy kieracie i stado mlecznych krów,
Obsianych pól połacie – obrazy jak ze snów.
Gdzie są dziś tamte lata, gdzie ten dziecinny świat,
Pokryta strzechą chata i cichy, wiejski sad.
O Panie – Władco Nieba, pozwól mi chociaż w snach,
Skosztować z dzieży chleba, wrócić – pod tamten dach.

Wiersz napisał: Władysław Justyn Łabuńko (14.11.1999)


GWIEŹDZISTY  WÓZ

Jest na niebie duży wóz, kto go na niebiosa wniósł?
Wciąż się głowią pokolenia, to jest nie do uwierzenia!
Trzeba chłopa jak Herosa, by wóz wciągnąć na niebiosa.
Nie wierzycie – spójrzcie w górę, na tą z gwiazd złożoną furę.

Ma przód, tył i cztery koła, dyszel ma na przedzie czoła.
Jednak dziwna to kareta, nie ma koni i Stangreta.
Zaraz – zaraz, – co ja piszę? Tętent końskich kopyt słyszę,
Są i konie w tym zaprzęgu, spójrzcie tam! – na widnokręgu,

Gdzie gwieździste nieba szlaki, te trzy gwiazdy – to rumaki,
A ta czwarta – bladolica, ta najmniejsza – to woźnica,
Z batem w ręku, spójrzcie, siedzi tam na łęku,
I pogania gwiezdne konie, po gwieździstym nieboskłonie.

O tam! – pędzą! – mleczną drogą, Stangret w koźle z miną srogą,
Po mistrzowsku strzela z bata, rwie do przodu klacz srokata,
„Andromeda” się nazywa, spójrzcie, jaka śnieżna grzywa,
I podkowy – kute z lodu, to „licówka” – idzie z przodu.

A tuż za nią – klacz srebrzysta, ta najbardziej narowista!
Niespokojna i niestała, ciągle by galopowała.
„Afrodyta” się nazywa, tej najczęściej się obrywa,
Bo wciąż szarpie się i złości, więc dlatego jest w zaprzęgu,
Jako druga w kolejności.

Lecz najbardziej ukochaną, Przez Stangreta uwielbianą,
Jest ta trzecia klacz – najmniejsza, z wszystkich trzech najspokojniejsza.
Ta nazywa się „Merkury”, i choć drobnej jest postury,
Bardzo szczera jest w zaprzęgu, właśnie ją – na widnokręgu,
Widać, jako tą najmniejszą, ale za to – najjaśniejszą.

Myśl tego wiersza zrodziła się przy gwieździstym niebie
podczas nocnego dyżuru na moście w Niemicy.

Napisał: Władysław Justyn Łabuńko – ( Niemica, 27.12.2011 )


POWRÓT WIOSNY


Uwolniło słonko z zimowej okowy zaśnieżone pola, lodem skute rowy.
Słychać chlupot wody z wartkiego potoku, wraca do nas wiosna – jak każdego roku.
Wczesna, ciepła wiosna, wszystkich wokół cieszy, budzą się zwierzęta z zimowych pieleszy,
Chociaż jeszcze mroźno w marcowe poranki, budzą się na wierzbach wierzbowe kocanki.
Zbudziły się także bazie na leszczynie, błyszczą w słońcu jak korale, na młodej dziewczynie.
Przebudzona żaba w przy łąkowym rowie, bierze kąpiel w zimnej wodzie – ta musi mieć zdrowie.
Nawet lis – Nikita – ten co gąski chwyta, wylazł rankiem ze swej nory i o wiosnę pyta.
A na sośnie – dzięcioł dziobem w konar wali, niczym w kuźni kowal, swym młotem ze stali,
Zaś wyżej wiewiórka, na wierzchołku sosny, też wyjrzała ze swej dziupli, by poszukać wiosny.
Wysoko na niebie, niczym na zawody, ciągną kluczem dzikie gęsi, na stojące wody.
Po bagnistym stawie, siwy żuraw brodzi, też oznajmia swym klęgorem, że wiosna nadchodzi.
Za żurawiem – czapla, brodząc przez mokradła, puszy pióra na swej głowie, że pierwsza odgadła.
Na polu pod miedzą, dwa zające siedzą, mrużą ślepia w jasnym słonku, także wiosnę śledzą.
Nawet sarna płowa, w gąszczu się nie chowa, wyszła z lasu na polanę, zbadać: co jest grane?
A na trawnej górze, gdzie czapli ostoja, słychać głos puchacza, lelka – kozodoja.
Zaś głęboką nocą, gdy się gwiazdy złocą, słychać głos jenota i dzikiego kota.

O świcie, po rosie, brodzą dzikie łosie, widać jak na dłoni, że ich wiosna goni.
Przed nadejściem lata, łania rosochata, zmienia suknię płową, na bardziej szałową,
Nawet niedźwiedź w norze, dłużej spać nie może, wylazł ze swej jamy – bo już wiosnę mamy!
Tylko sroka – plotkara, na przydrożnej kuźni, skrzeczy! jak najęta, że się wiosna spóźni.

Zapiał wiejski kogut w kurniku na grzędzie: co tam głupia sroka – ta zawsze jest w błędzie,
My – wiejskie koguty, najlepiej się znamy, kiedy po złej zimie, wczesną wiosnę mamy.
Zagulgotał indyk: – widzicie go, jaki? cóż wiedzą o wiośnie tak głupie kuraki.
Naindyczył się przy tym, nastroszył swe pióra, i stwierdził stanowczo – że wszystko to: bzdura!

Odezwał się siwek, przy wiejskim kieracie: widzę, że oboje na tym się nie znacie.
Wiosna, moi mili, – wróci, jak co roku, kiedy w moim żłobie, zabraknie obroku.
W oborze krasula zapewnia swe cielę, że wiosna powróci w palmową niedzielę,
A teraz – niestety – gdy chłodno na dworze, musimy pozostać do wiosny – w oborze.

Na żerdzi, przy studni, przed słońca zachodem, sikora – bogatka, ostrzega przed chłodem,
Świergoli bez końca, że w koło się chmurzy, że się nie obędzie bez grzmotów i burzy.
A na starym buku, słychać ciągle: – ku, ku, to kukułka kuka, gniazdka sobie szuka.
Nad polnym zagonem, kiedy słonko wstaje, maleńki skowronek, też swój koncert daje.

A w sadzie na gruszy, szpak swe piórka puszy, i gwiżdże wesoło, że już wiosna w koło
A wiosna wróciła, – rozplotła warkocze, już słychać jak w górze, jaskółka szczebiocze,
I płynie po niebie jej szczebiot radosny, wróciła jaskółka – pierwszy zwiastun wiosny.
Wrócił także bociek, na słomianą strzechę, mają dzieci we wsi, nie małą uciechę.

Wszyscy się radują z wiosennych promieni, widać, jak na polach zboże się zieleni,
Nawet żółty jaskier na bagiennej łące, zbudził się i czeka na wiosenne słońce.
Tylko śnieżny bałwan, przed chatą w ogrodzie, schował się przed słonkiem i marzy o chłodzie,
A spod śnieżnej czapy, z bałwana – lebiegi, śmieją się w ogródku, białe przebiśniegi,
Sądzą, że niebawem od takiej rozgrzewki, pozostanie po bałwanie – tylko nas z marchewki.

Niesie echo groblą, wesołą piosenkę, niosą dzieci topić, zimową panienkę,
Zmoczyli Marzannę we rwącym potoku, wróci do nas zimą – jak każdego roku.

Wiersz napisał: Władysław Justyn Łabuńko z Ostromic (04.04.2002).